niedziela, 8 marca 2020

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!

Jak to się stało, że z Kury Domowej przeistoczyłam się w malarkę?

Zobacz film.

To bardzo zabawna historia ze szczęśliwym zakończeniem. 

Pozdrawiam wszystkie Kury Domowe.

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!




Kurą domową będąc od lat kilku,
nie mając z tego tytułu dyplomu,
postanowiłam napisać słów parę,
co robi kura przesiadując w domu.

Czy leży i pachnie, czy może pracuje?
Czy życie tej kury usłane różami?
Czy siedzi bezczynnie i śpi do południa,
czy może wstaje codziennie z kurami?

Kura ma różdżkę magiczną w swej ręce
i włada nią biegle w wielkiej tajemnicy,
a kiedy rozsądnie tej różdżki używa
korzystają na tym wszyscy domownicy.

Łóżko zaścielić? Prosta to sprawa.
Różdżka w ruch idzie i jednym dotknięciem
poduszki równiutkie, kołderka na miejscu
i wszystko gotowe... Macie pojęcie???

Odkurzyć trzeba i umyć podłogę,
tu znowu kura swą różdżkę wyjmuje.
I nagle dom błyszczy i pachnie czystością
a kura się niczym znowu nie przejmuje.

Naczynia brudne? Pranie do zrobienia?
Dla kury to pikuś, że się tak wyrażę,
bo trzaśnie swą różdżką aż iskry polecą
i kura wam znowu czysty dom pokaże.

Zakupy czas zrobić i przynieść do domu?
Tu kura znowu nie użyje siły.
Raz różdżką machnie, dość lekko tym razem
i już się zakupy same zrobiły!

Obiad już czeka na gotowanie...
Gar wielki kura na kuchence stawia,
chwyta za różdżkę, uderza nią w garnek
a w garnku zupa się nagle pojawia!

Nie wiecie wy jeszcze o kurze domowej
jednej malutkiej rzeczy tajemnej...
Ta kura studiuje malarstwo. A po co?
By w życiu tej kurze było przyjemniej.

Namacha się różdżką od rana do zmierzchu,
że tym jest zmęczona, wcale nie ukrywa. 
W przypadku malarstwa nasza kura jednak
swej różdżki magicznej wcale nie używa.

Zamiast machać różdżką, to używa pędzli
i choć może nie jest w tych sprawach zbyt bystra
to postanowiła ta kura studiować,
by choć z malarstwa mieć dyplom magistra.

Sami więc widzicie, że kura domowa
nie jest zwykłą kurą siedzącą na grzędzie,
tylko kurą-wróżką, co w mocy posiada
i magiczną różdżkę, i magiczne pędzle.

wtorek, 28 stycznia 2020

Egogniotki

Z założenia, ten pamiętnik miał mieć formę luźnych zapisków, miał być oderwaniem od codziennych problemów, miałam w nim sobie pisać co mi fantazja pod pióro przyniesie, żartować z siebie, z życia, wspominać, robić wesołe, dopieszczone ilustracje, i się przy tym dobrze bawić.
Tworzyć dla samego aktu tworzenia, "robić sztukę tak, jak ptak śpiewa".

I tak na początku było, dopóki moje smutne ego nie dostrzegło w tym okazji, by się dowartościować. Zaczęło się pompować dumą jak balonik helem, zmuszać mnie do morderczej pracy od czwartej nad ranem, kazało codziennie siadać do komputera i pisać, rysować, byle szybciej, byle jak, bo... bo właściwie nie wiadomo co.
Gdy Bogini Wena sobie jeszcze smacznie spała, ego zaczęło się nieudolnie pod nią podszywać, wymyślać, kombinować, filozofować, a mnie robota szła jak po grudzie. Że też się nie zorientowałam o co tu chodzi?

Przecież zawsze jak piszę z serducha, to klawiatura sama mnie niesie, słowa płyną z nurtem jak spokojna, szeroka  rzeka, litery układają się lekko w zdania, a treść jest swobodna, lekka, niewymuszona i prawdziwa.
Gdy maluję prosto z duszy, to pędzel sam wesoło tańczy po płótnie, obrazy tworzą się bez wysiłku, kolory farb same dobierają się w idealne pary, a ja poddając się temu z ufnością, czuję się tak,  jakbym była narzędziem w ręku Wielkiego Twórcy, który doskonale wie co robi i do czego zmierza.
Czas wtedy mija niepostrzeżenie, dusza śpiewa z radości, szczęśliwa i wolna jak wiatr, a efekt tych działań mnie samą zdumiewa.

Natomiast gdy ego bierze się do mozolnej, ciężkiej pracy, to robota posuwa się opornie jak lodołamacz po morzu arktycznym w środku mroźnej zimy, jest "łogólnie męcąca", i przypomina orkę na  hektarach jałowego ugoru za pomocą widelca.
Ma być szybko i dużo, jakość nie jest dla niego ważna. Tylko szkoda, że narzędzi i warsztatu odpowiedniego brak.

Na skutek tych działań, powstają takie wymiętolone nibydzieła, przemądrzałe kluchy, rodzące się w bólach, ciężkie i koszmarnie prymitywne.
Nieważne czy pisane, malowane, czy rysowane, są trudne do strawienia, odstraszają i widać w nich gehennę tworzenia.
Pomimo tego, że czasem są wielkie i kobylaste, nie zasługują nawet na miano gniotów.
To takie nędzne, egogniotki.
Życie egogniotków jest krótkie i nieszczęśliwe. Bo choć robione pod publiczkę, aplauzu nie zbierają. Spotykają się z obojętnością, lub nazywane marnizną, kończą swój żywot zbombardowane deszczem skierowanych w ich stronę paluchów fakjuchów.

Co wtedy czuje ego? Jest nieszczęśliwe. Płacze w kąciku załamane, użalając się na sobą:
"Ale jak to? Tyle pracy na nic? Taka harówa, okupiona potem spływającym po zarozumiałym dupsku i to wszystko na marne? Nikt mnie nie docenia! Nie warto nic robić, bo to jak rzucanie pereł przed brudne, śmierdzące wieprze! Niech się wszyscy wypchają! Tak się dla nich napracowałem, tak się dla nich spieszyłem i kicha! Ja im jeszcze pokażę!".
I zaczyna tworzyć następne badziewne egogniotki, żeby wszystkim pokazać na co je stać. Działa z poziomu strachu, gniewu i rozgoryczenia.

Oczywiście sprawa jest z góry przesądzona. Kolejne jego ego-(s)twory, będą jeszcze gorsze i bardziej gniotowate, bo znowu robi je po to, by udowodnić jakie jest mądre i uzdolnione. Znowu spotyka je fala obojętności, a obojętność jest dla niego najgorsza. Ono uwielbia być w centrum uwagi, bez względu na to, czy jest chwalone czy poniżane. Karmi się jednym i drugim. W obu przypadkach rośnie w siłę, bo albo będzie się pławiło w zachwytach i komplementach, albo przyjmie, nagradzaną uwagą otoczenia, rolę biednej ofiary.

Dobrze, że się w porę zorientowałam, że moje ego chciało przyjąć rolę ambitnego twórcy. Zaczęło już nawet do mojego pamiętnika podstępnie wtrącać swoje egogniotki w postaci różnego rodzaju "mądrości", pospiesznych, byle jak wykonanych rysunków, czy gwiazdorskich uwag.
Chciało pisać, malować, tworzyć, zabiegać o uwagę i nadymać się pochwałami.

Na szczęście w niedzielę, zrobiłam sobie mały detoks, zresetowałam umysł, i odkryłam jego podstępne działania. A ono krzyczało, wyrywało się, nakłaniało mnie do pracy, bo tyle ma do powiedzenia, tam ludzie czekają, zawiodę ich jak nic nie zrobię, i jak ono będzie z tym żyć?!
No i wypaliło się we własnym ogniu.

Teraz już będzie spokojnie. Muszę się tylko pilnować, by znowu mnie podstępnie nie podeszło, podszywając się pod płynącą prosto z serca muzę.
Łatwo bowiem, będąc nieuważnym, dać się porwać chorym ambicjom wiecznie niezadowolonego, bufonowatego i pragnącego uwagi ego.
Łatwo też przekroczyć tę cienką granicę jaka dzieli pasję od obsesji,  marzenie od pożądania, natchnienie od szaleństwa...



S. Witkiewicz, "Myśli"



piątek, 24 stycznia 2020

Jajecznica z wiewiórki. Kurs rysunku.

Mam znajomą, która poluje. Nie, nie z bronią w ręku. Poluje z aparatem, którym robi genialne zdjęcia wszystkiemu co się rusza i nie rusza. Rośliny, kwiaty, zwierzęta, owady oraz bardzo ciekawe elementy środowiska naturalnego człowieka, jakimi są budowle wszelkiej maści, porzucone puszki po napojach wyskokowych, pety i inne przedmioty powszechnego użytku, już niepotrzebne i zużyte, wykorzystuje kreatywnie do pięknych artystycznych ujęć.

Gdy tak szuka w skupieniu obiektów do swoich fotografii, to w gęstym listowiu drzew, czasem natrafia na wiewiórki. A wiewiórkę niezwykle trudno upolować, bo to zwierzę ruchliwe jest, niepokorne i bardzo szybkie. Trzeba się dobrze nagimnastykować, żeby takiego rudzielca ustrzelić i w dodatku tak precyzyjnie, żeby cokolwiek na zdjęciu było widać. Jednak, jak już ta sztuka się uda, to klękajcie narody!

Wiewiórki bowiem, są sierściuchami niezwykle fotogenicznymi.
Pozy jakie przyjmują podczas sesji zdjęciowych, są tak profesjonalne, tak naturalne, że najlepiej wyszkolona fotomodelka, patrząc na to, może się nabawić traumy i oddać majątek najlepszemu psychoanalitykowi, lecząc bez skutku swoje świeżo nabyte, po kontakcie z wiewiórką, kompleksy.

Ja natomiast, kompleksów żadnych nie mam, więc zainspirowana tymi dziełami sztuki fotograficznej, stworzyłam kolejną lekcję mojego alternatywnego kursu rysunku, pod tytułem „Jajecznica z wiewiórki”. Dlaczego jajecznica? Bo tak!

Na szczęście, za tym naszym gryzoniem nie trzeba będzie biegać po krzakach, choć może się zdarzyć, że psychoanalityk będzie komuś za chwilę potrzebny. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak, i gdyby się okazało, że rysowanie wiewiórki komuś na głowę jednak zaszkodziło. Postaram się mimo wszystko, ustrzec Was od zapaści emocjonalnej, pokazując krok po kroku, jak z taką wiewiórką należy postępować.

Polować będziemy ołówkiem. Najlepiej zastruganym. Ostrym łatwiej się poluje. Może być obgryziony nerwowo na drugim końcu. (Obgryzanie ołówka wpływu na jakość rysunku nie ma, ale na głowę dobrze działa)

Potrzebna też będzie gumka. Do mazania oczywiście. No i kartka papieru - to będzie teren polowania.

Acha! I jeszcze, obowiązkowo kieliszeczek win… O nie! Nie tym razem. Tym razem zrobimy to na trzeźwo! Miejmy odwagę i zmierzmy się z tym w pełni władz fizycznych i umysłowych.

Rysując, udowodnię Wam, że wiewiórki, podobnie jak koguty i króliki, wykluwają się z jajek ;)

No to do dzieła!




Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem , to możemy uznać, że wiewiórka została upolowana. Co z nią zrobisz, Twoja broszka. Najlepiej opraw swój sukces w ramkę i powieś sobie nad łóżkiem. Możesz też pokolorować i dać komuś jako laurkę z okazji dnia świstaka, na przykład. Może się nie połapie, że to, co na rysunku, to nie świstak?

Jeśli się nie udało, zacznij od początku. W końcu dasz radę. Pamiętaj: Trening czyni mistrza! Powodzenia!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Skąd się biorą dzieci. Rozmowy niekontrolowane.

Skąd się biorą dzieci, każdy dorosły wie. A przynajmniej powinien.

Pewnie są też tacy, którzy do tej pory nie zgłębili tej wiedzy z jakichś nieznanych mi przyczyn, jednak większość pobierała nauki dotyczące tego zagadnienia już we wczesnym dzieciństwie, zadając rodzicom mniej lub bardziej niewygodne i krępujące pytania.

Czasem też edukacja następowała w przedszkolu lub w szkole, przy entuzjastycznej pomocy kolegów i koleżanek posiadających starsze rodzeństwo, dzielące się z nimi tą jakże ekscytującą wiedzą.

Jeśli ktoś, w okresie szkolnym był już piśmienny, mógł sięgnąć również do książek, skrzętnie schowanych w bibliotece rodziców, jednak nie na tyle dobrze zabezpieczonych, by ich spragniony wiedzy tajemnej nastolatek nie znalazł, i z wypiekami na twarzy nie czytał pod nieobecność starszyzny.

W czasach mojego dzieciństwa, w każdym szanującym się domu, biblioteczka podręczna zawierała przynajmniej dwie pozycje o nielegalnej tematyce, należące w tamtym okresie do klasyków. Był to traktat indyjski w sanskrycie, z bardzo interesującymi obrazkami pt. „Kamasutra”, oraz „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej.

Moi rodzice takie książki również posiadali, więc ja, mając lat naście, literaturę zakazaną oczywiście znalazłam, dokładnie co do literki przeczytałam, obrazki z ciekawością ogromną obejrzałam, zastanawiając się, do czego niby te książki miałyby moim rodzicielom służyć. Przecież oni nie uprawiają seksu! To nie do pomyślenia! Fujjj, ble, ble, ble, tfu, tfu, tfu! Tacy starzy ludzie tego nie robią. Nie, na pewno nie. A już na pewno nie w takich pogiętych pozycjach! Toż nawet najbardziej wygimnastykowany cyrkowiec by nie podołał! Nie, niemożliwe…

Moje poglądy szybciutko zostały zweryfikowane, gdy sama zostałam rodzicem. Z tej perspektywy sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Otóż zorientowałam się, że „starzy” ludzie seks uprawiają, a nawet sprawia im to większą frajdę niż niejednemu dwudziestolatkowi.

Moje dzieci natomiast, tematyką płci i rozmnażania zaczęły się interesować już w wieku przedszkolnym. Najwcześniejszą edukację seksualną otrzymały w grupie rówieśników, prowadząc bardzo interesujące i pouczające dyskusje ze swymi kolegami, oraz obserwując zachowania innych małolatów, bardziej wykształconych przez starsze rodzeństwo.

Któregoś dnia, po powrocie z przedszkola, podczas wspólnego obiadu, zostałam zaskoczona niusem:

- Mamusiu, a wiesz, że dziewczyny nie mają siusiaków? Michał mi powiedział, że jego brat widział.

- No wiem, że nie mają – odpowiedziałam, prawie krztusząc się zielonym groszkiem.

- A co mają? – padło krępujące pytanie.

Dwie pary oczu patrzyły na mnie z ciekawością, chłonne wiedzy.

O cholera – pomyślałam – jak to teraz zgrabnie powiedzieć, żeby zrozumieli, i żeby nie spowodować lawiny kolejnych pytań?

- No? Co mają dziewczyny? – ponaglał malec domagając się odpowiedzi.

Przełknęłam zalegający mi w ustach kęs, i odpowiedziałam:

- No cóż… jakby wam to powiedzieć… Otóż dziewczyny zamiast siusiaków mają… dziurki.

- Acha.

Zapadła dłuższa cisza. Tryby w mózgownicach moich dzieci aż trzeszczały, przetwarzając tę niesamowicie intrygującą informację.

Już myślałam, że koniec tematu, że wiadomość została przyjęta, przetrawiona i obejdzie się bez dodatkowych wyjaśnień. Ale nie z moimi dziećmi takie numery! Padło kolejne pytanie.

- Mamusiu, a jak ty jesteś dziewczyną, to też nie masz siusiaka?

- Nie mam – odparłam krótko, modląc się o szczęśliwy finał tej rozmowy…

- A co masz?

Jasny gwint! Dałyby se już spokój te upierdliwe bachory!

- No… dziurkę, jak wszystkie dziewczyny – odpowiedziałam chcąc już zakończyć temat.

I wtedy moje dziecię wstało z krzesła, stanęło przede mną w buńczucznej pozie, oparło ręce na biodrach i zażądało kategorycznie:

- Tak? To pokaż!

No cóż… Nie pokazałam.

Powiedziałam dzieciakowi, że nie ma mowy i, żeby lepiej jadł a nie gadał, bo jak będzie taki ciekawy to kociej mordki dostanie. Wizja posiadania kociej mordki sprawiła, że chłopcy się na chwilę uspokoili, ale to nie był koniec rozmów o sekcie tego dnia.

Po południu zajęli się rysowaniem. Siedząc przy kuchennym stole tworzyli obrazki na zadanie domowe do przedszkola i cicho ze sobą rozmawiali. Ja myłam naczynia i niespecjalnie interesowała mnie ta ich dziecinna wymiana zdań.

W pewnym momencie usłyszałam jednak, jak jeden do drugiego mówi:

- A wiesz co? Michał mi jeszcze powiedział, że Olek seksował się dzisiaj z Elwirą w kantorku.

Ja, zaskoczona, instynktownie reagując, zapytałam:

- Ale jak to seksował?

- No, że poszli razem do kantorka i on ją pocałował. W usta! Fujjj!!!

Ufff ... Odetchnęłam z ulgą, że nie będę zmuszona robić w przedszkolu jakiejś krępującej interwencji.

- A poza tym - dodałam, chcąc poprawić polszczyznę mojego syna - nie mówi się „seksować”, tylko „uprawiać seks”.

Natychmiast oboje skierowali na mnie wzrok, a młodszy z prędkością błyskawicy podchwycił temat:

- A ty, mamusiu? Seksowałaś się kiedyś?

- Nie odpowiem na to pytanie – odparłam spokojnie, ledwo powstrzymując się od śmiechu – to są tematy dla dorosłych. Zajmij się lepiej rysowaniem.

Wtedy starszy przychodząc mu z pomocą, ogłosił z miną mędrca niepodważalną prawdę:

- Coś ty, głupi? Jasne, że się seksowała! I to DWA RAZY! Inaczej nas by nie było na świecie!

The end.





sobota, 18 stycznia 2020

Przepis na królika. Kurs rysunku.

Sobota 18 stycznia 2020

Kurs rysunku "Od frustracji do radości". Przepis na królika.

Był taki czas w moim życiu, między jednym a drugim mężem, że musiałam sama wyżywić moje dorastające i wiecznie głodne potomstwo. Prowadziłam w tamtym okresie własny, lecz fatalnie prosperujący salon piękności, w pewnej turystycznej miejscowości w górach (Tak! Byłam też kosmetyczką!). Klientek było jak na lekarstwo, bo te „miastowe” nie bardzo chciały odwiedzać mały, nieznany im gabinet na wsi, myśląc pewnie, że serwowane zabiegi kosmetyczne są głównie oparte na lokalnych, tradycyjnych produktach, w postaci maseczek z bryndzy czy okładów z owczych bobków, a rdzenne mieszkanki były tak bardzo zajęte obsługą tych z miasta, że nie miały czasu ani nawet siły, żeby skorzystać z moich odprężających i upiększających propozycji. A może powody były inne, nie wiem, nie wnikam, i już teraz tej wiedzy nie potrzebuję.

W każdym razie, chcąc ratować upadający byznes, postanowiłam rozszerzyć działalność o produkcję ręcznie malowanych przeze mnie kartek okolicznościowych.

Wieczorami i w nocy uskuteczniałam rękodzielniczą twórczość, malując, wycinając, klejąc, dekorując, i pakując ją w ozdobne, szeleszczące opakowania. Gdy miałam już wystarczający i urozmaicony asortyment, wyruszyłam na podbój okolicznych sklepików z pamiątkami. Denerwowałam się okrutnie, bo nie ma dla mnie chyba nic gorszego, niż zachwalać własny towar, wytworzony samodzielnie tymi ręcami, i jeszcze go odpowiednio do wkładu pracy wycenić. Masakra. Ale mus, to mus. Niemażeboli.

Gaździny, w pachnących oscypkami sklepikach, oglądały, cmokały, zachwycały się, że ajajaj jakie to piękne, jak misternie wykonane, a jakie gustowne, a ile pani może zostawić, ale tylko w komis, bo wie pani, ciężkie czasy, to po ile te cudeńka złociutka?

- Pięć złotych sztuka – odpowiadałam, zastanawiając się, czy aby nie jestem zbyt pazerna na kasę.

- Tyle??? Za TO? A to nieee, to ja nie biere, bo ja tego nie sprzedam, sama pani kochaneńka rozumie, ja musze marżę doliczyć, podatek, zus, światło, to by musiało z dwajścia złoty u mnie kosztować, a nikt mi tego nie kupi za takie piniondze!

A pies was ogonem osranym trącał! Nie chcecie to nie!

Rezultat mojej działalności artystycznej był taki, że nie miałam pieniędzy, ale za to miałam kilkadziesiąt kartek wykonanych techniką hendmejd i mogłam, przez najbliższe dziesięć lat, obskoczyć nimi wszystkie rodzinne śluby, pogrzeby, komunie, imieniny, urodziny, walentynki, święta i rocznice. Chyba do tej pory gdzieś w czeluściach piwnicznych te kartki leżą, obrastając pachnącym grzybem, służąc za ekskluzywną toaletę dla myszy.

No dobra. Było, minęło.

Dlatego też dzisiaj, wspominając z pewnym rozrzewnieniem tamte traumatyczne i niezwykle frustrujące wydarzenia, pokażę Wam, jak samodzielnie narysować królika, gdyby komuś przyszedł do głowy pomysł wyprodukowania własnych, niepowtarzalnych kartek, na przykład, na Wielkanoc, i żeby nie musiał wydawać fortuny w postaci dwudziestu złotych za sztukę, na ręcznie malowane suweniry. Wiem, wiem, do Wielkanocy jeszcze szmat czasu, ale zanim się nauczycie to zleci, że hoho!

Czego będziemy potrzebować, żeby nam idealnie nasze cudne rękodzieło wyszło?

* Ołówka – ja osobiście najbardziej preferuję ołówki ze znanego sklepu budowlanego na literę C, gdzie można się nimi do woli częstować na dziale „Śruby i Nakrętki”, rysują bowiem piękne miękkie kreski, jakich nie uzyska się żadnym innym ołówkiem ze sklepu plastycznego, a które mają tę zaletę, że są całkowicie darmowe, i zawsze w razie potrzeby, dostępne.

* Gumki – najlepiej miękkiej i w miarę czystej, może być podprowadzona z piórnika dziecięcia, jeśli nie chcecie iść na początek w koszty, bo nie wiadomo czy po tej lekcji nie pieprzniecie tym rysowaniem w diabły, więc po co wydawać ciężko zarobione pieniądze na takie fanaberie.

* Kartki papieru - a najlepiej kilku, bo trzeba wziąć pod uwagę kilkanaście nieudanych prób, dziur od gumki, i frustracji skutkującej kompulsywną produkcją zmiętych kulek, oraz rzucania nimi z wściekłością w co popadnie. Możecie wykorzystać odwrotne strony rachunków czy urzędowych pism, w ramach eco-upcyclingu, na czym skorzystają nasze polskie lasy.

* Wina, lub jakiegokolwiek innego wysokoprocentowego środka uspokajającego, łagodzącego objawy histerii, i równocześnie wyciągającego z nas niewyczerpane pokłady talentu i samozadowolenia.

Wszystko gotowe? No to zaczynamy!

Przepis na królika, krok po kroku:

1. Nalej sobie do kieliszka odrobinę rozrywkowego napoju i wychyl do dna. Czynność powtórz. Bez tego nie ruszysz.

2. Teraz uzupełnij kieliszek, niech czeka.

3. Następnie narysuj z uwagą dwa jajka. Jedno większe przechylone lekko w prawo, drugie mniejsze, powyżej dużego, przechylone nieco w lewo. Krzywo. Wymaż. Popraw.

4. I schowaj ten język, bo ci się wysuszy.

5. Następnie połącz oba jajka, tworząc szyję królika.

6. Teraz w dolnej części dużego jajka narysuj kółko, a poniżej jajka dorysuj coś na kształt wielkiej stopy. Stopy, a nie kiełbasy krakowskiej podsuszanej! Wymaż. Popraw.

7. Wymaż też przerywaną linię z kółka.

8. Tadam! To tylna łapa królika. Nie widzisz tego? Uwierz mi na słowo.

9. Weź oddech, bo się udusisz!

10. Napij się kilka łyków, żeby zwilżyć gardło.

11. Od górnej części większego jajka dorysuj dwa ukośnie biegnące do dołu patyki. To będą przednie nogi królika.

12. Schowaj język. Napij się.

13. W górnej części mniejszego jajka narysuj dwie lekko wygięte parówki. To uszy. Widzisz cztery? Nie przejmuj się. Napij się.

14. Po przeciwnej stronie uformuj czarną kropkę w kształcie nosa. Postaraj się dobrze wycelować. Wiem, to trudne. Ale się postaraj.

15. I schowaj ten jęzor!

16. Następnie w okolicach króliczego zadka narysuj okrągłą kitkę. Nie tak! To ma być ogon, a nie wystający z tyłka bobek! Wymaż i popraw.

17. Zaokrąglij łagodnie wszystkie kształty. Ręka Ci się trzęsie? To się napij!

18. Wymaż przerywane linie. Nie tak mocno! Wymażesz dziurę!

19. Napij się;

20. Teraz poniżej uszu narysuj małe kółeczko, a w środku czarną kropkę. To oko. Schowaj język!

21. Poniżej oka zrób królikowi uśmiech, a do noska przyczep po obu stronach po trzy wąsy. Serio? Wyszła ci broda? Nie przejmuj się. Wymaż i popraw;

22. Napij się.

23. Na kitce zrób kilka małych wypustków, że niby jest puszysta.

24. Schowaj język, weź oddech i napij się.

25. Dorysuj na łapkach pazurki, a na uchu w środku taką lekko wygiętą linię. Lekko wygiętą mówię! Wymaż. Popraw;

26. Przyjrzyj się jeszcze, czy coś trzeba dorysować. Nie? No to skończone!

27. Gratuluję! JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ!

Ps. 1.Ponieważ wczoraj dostałam informację, że poprzedni rysunek był dla niektórych poczaątkujących zbyt trudny, to dzisiaj, oprócz instrukcji papierowej, załączam filmik.

Ps. 2. Przysyłajcie proszę w komentarzach swoje króliki. Bardzo chcę zobaczyć efekty waszej pracy 😉

Życzę miłej zabawy!







piątek, 17 stycznia 2020

„Od frustracji do radości”. Kurs rysunku dla początkujących.

Jak narysować koguta.

Za namową moich wiernych czytelniczek Kasi i Alicji, postanowiłam uruchomić tutaj kurs online, dla bardzo spragnionych nauki rysunku, którzy chcieliby bardzo, a nie potrafią.

Tytuł kursu jest autorstwa Alicji, która wybiegając swoją fantazją daleko w przyszłość, wyszła nawet z propozycją zbadania tego tematu przeze mnie dogłębniej i napisania, na podstawie tych obserwacji, doktoratu. Huehuehue 😉

(Alicjo, dziękuję!)

Nic bowiem bardziej nie frustruje niż sytuacja, w której wasze dziecko przychodzi do Was z kredkami pod pachą i blokiem rysunkowym w niewinnej dłoni, i błagalnym tonem domaga się wspólnej zabawy w rysowanie: „Mamusiu, mamusiu… narysuj mi kogucika… proszę, proszę, proszę”, a Wy wiecie, że kogucik może i wyjdzie przepiękny, tyle, że podobny do krzyżówki kulfona z klępą. Pacholę zawiedzione zaleje się łzami, i pójdzie sobie tego kogucika narysować w samotności, a zrobi to tak, że Wam ze wstydu pąsy z twarzy przez tydzień nie zejdą.

Dlatego przybywam z pomocą!

Oto dokładna instrukcja, jak narysować koguta.

1. Rysujemy odwrócone do góry nogami jajko, lekko przechylając go na prawą stronę;

2. Do jajka u góry, dorysowujemy czapeczkę;

3. Następnie w okolicach dupki jajeczka, rysujemy kółko, lecz go do końca nie zamykamy. Linia przerywana oznacza miejsca, które należy wymazać;

4. Teraz z tego kółka formujemy ogonek, do czapeczki, u góry dorysowujemy grzebień, zagięty lekko dziób, i miejsce na oko i korale koguta, a na jajeczku poniżej czapeczki robimy zarys skrzydełka;

5. Dorysowujemy nóżki w kształcie patyczków, rozszerzających się na górze i na dole w małe trójkąciki;

6. W ostatnim, najtrudniejszym etapie, formujemy z tych elementów piórka, ogon, grzebień, dziób i pazurki koguta;

7. Gotowe!

8. A teraz otwieramy butelkę najprzedniejszego szampana, i puszczając frustrację z bąbelkami do nieba, świętujemy, swój pierwszy artystyczny sukces!

I co? Jest radość?

Jeśli uda Wam się ta sztuka, to znaczy, że macie niezwykłe zdolności plastyczne i możecie śmiało zacząć się zastanawiać nad karierą zawodowego rysownika.

Lekcja druga już wkrótce!


Kogut krok po kroku, rysunek instruktażowy


czwartek, 16 stycznia 2020

„Lepszy na wolności kąsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”

Zaczynam od tego cytatu z bajki Adama Mickiewicza pt. „Pies i wilk”, ponieważ dzisiaj będzie coś o wolności.

I znowu to samo życie podrzuciło mi temat. Wczoraj, przeczytałam pewien wpis w mediach społecznościowych. Chodziło w nim o to, że pewna pani, specjalistka od marketingu, zapytana czy udziela indywidualnych konsultacji na tematy związane z doradztwem zawodowym, odpowiedziała, że i owszem, udziela, a cena takich konsultacji to 120 złotych za 60 minut.

Zaczęłam się zastanawiać, czy jest coś, od czego ja jestem superekspertem, z czego mogłabym takich konsultacji udzielać, i za jaką kasę.

Pomyślałam sobie, że fajnie by było mieć taką jedną dziedzinę, w której czułabym się arcymistrzem, ludzie spragnieni konsultingu waliliby do mnie drzwiami i oknami, a ja zarabiałabym na tym miliony peelenów na godzinę.

Tymi jakże dziecinnymi i infantylnymi refleksjami obudziłam nierozważnie mojego osobistego, wewnętrznego krytyka, no i się zaczęło! Że ja to guzik wiem o zarabianiu, że się nie cenię, że bujam w obłokach zamiast stać mocno obiema nogami na ziemi, że co ja niby w życiu osiągnęłam, że pięć lat straciłam studiując malarstwo, że co mi z tego tytułu (tfu!) magistra, skoro nie umiem go wykorzystać i zamienić na dobra doczesne w postaci złotych, błyszczących, polskich monet, no i że najlepiej bym zrobiła zatrudniając się, na przykład, w jakiejś solidnej, państwowej instytucji, gdzie odwalając osiem godzin dziennie, miałabym wyje*ane na wszystko, a szeleszczące banknoty regularnie i z wdziękiem, spływałyby do mych magisterskich stóp.

Nie będę się tu rozpisywać o dalszym, skąpanym we łzach mych gorzkich, przebiegu tych burzliwych rozważań, ale powiem jedno: warto było, bowiem wnioski, które z nich wyciągnęłam są dla mnie spektakularne.

Okazało się, że wolę jeść codziennie ziemniaki z kwaśnym mlekiem, zamiast schabowego, sama podcinać sobie włosy, zamiast chodzić do fryzjera, ubierać się w „tanim armanim”, zamiast w sieciówkach, mieszkać w wynajmowanym mieszkaniu, sprzątając klatkę schodową w zamian za część czynszu, niż robić coś, czego nie lubię i do czego się nie nadaję, będąc niewolnikiem, spełniającym życzenia nadętego bonza-menedżera z przerośniętym ego, który będzie mi robił wielkopańską łaskę, rzucając co miesiąc jak ochłap wypłatę, i dając mi latem parę dni urlopu, ostrzegając uprzejmie, żebym szybko stawiła się z powrotem w pracy, bo na moje miejsce to on ma hoho (!) ile chętnych, młodszych, z lepszym wykształceniem i mniejszymi wymaganiami. A, i jeszcze ze znajomością piętnastu języków obcych, w tym perfekcyjnie, francuskiego.

Uzmysłowiłam sobie, że dla mnie, najważniejsza w życiu zawodowym jest wolność.
Wolność w działaniach artystycznych, wolność w gospodarowaniu swoim czasem, i wolność w podejmowaniu decyzji.

I ta wolność jest dla mnie, niestety, ważniejsza od pieniędzy (Chociaż nie pogardziłabym sytuacją, w której wolność szłaby z pieniędzmi brzęczącymi w parze).

Ponieważ…

Na samą myśl o tym, że ktoś miałby mi dyktować co i jak mam robić, lub co i w jakim stylu pisać czy malować, narzucać mi na siłę godziny pracy, decydować kiedy mogę wziąć sobie wolne, wściekać się, że mam gorszy dzień i nie mogę pracować tak wydajnie jak zawsze, nie pozwalać podejmować samodzielnie decyzji, czy ograniczać mnie w jakikolwiek inny sposób, dostaję klaustrofobii.

Już tylko wyobrażając sobie taką sytuację, czuję się tak, jakby ktoś chciał zamknąć mnie skrępowaną sznurkiem w ciasnym, dusznym, zatęchłym pomieszczeniu, bez dostępu światła i świeżego powietrza. No tak właśnie mam. I nic nie mogę na to poradzić.

To nie jest tak, że nie jestem w stanie pracować dla kogoś. Mogę. Ale lubię mieć ustalone zasady i decydować o czasie, sposobie, i rodzaju pracy, który najbardziej mi odpowiada. Wtedy, gdy czuję się wolna - najlepiej pracuję. Jestem skuteczna, twórcza, kreatywna i, co najważniejsze, szczęśliwa.

Chcę robić to, co kocham! Chcę, by praca sprawiała mi przyjemność, chcę, by była zgodna z moimi zainteresowaniami, pasjami i talentami, i z tym, co umiem najlepiej.

Czy nie byłoby piękniej i spokojniej na świecie, gdyby każdy robił to, do czego się najbardziej nadaje? Gdyby robił z pasją to, co sprawia mu frajdę, to, do czego został przez Bozię stworzony?

Jak miło by było wejść do sklepu, i zastać za ladą uśmiechniętą i szczęśliwą ekspedientkę, która uwielbia to, co robi?

Albo wejść do urzędu i być obsłużoną przez osobę, która jest życzliwa i radosna, bo praca sprawia jej przyjemność?

Lub widzieć pogodną panią sprzątającą wywijającą wesoło miotłą, uśmiechniętą nauczycielkę, przyjaznego lekarza, serdecznego mechanika, zrelaksowanego pracownika korporacji, czy czarującego, dodającego serce do pierogów, kucharza?

Świat byłby wtedy idealny. Nikt nie wstawałby w poniedziałek rano z miną męczennika, żeby iść do pracy tylko po to, by odwalić robotę byle jak, wypatrując tęsknym wzrokiem wolnego weekendu.

Nikt nie umieszczałby w piątek na fejsbuku „memów” przedstawiających skaczącego króliczka, z podpisem „piątek, piąteczek, piątunio!”.

Każdy poranek byłby radosny, każdy dzień byłby takim piątuniem, bo wszyscy chodziliby do pracy z przyjemnością, ba! Nie mogliby się doczekać poniedziałku!

Dlaczego więc, ja mam się męczyć w pracy, której nie lubię, która mnie ogranicza, w której czuję się nieszczęśliwa? Czy zarobione w męczarniach okrutnych pieniądze zrekompensują mi mój smutek, niespełnienie, zszargane nerwy, stres, frustrację i przygnębienie? Czy takie życie ma w ogóle sens?

Jakim ja mogę być pracownikiem, jeśli nie kocham, a nawet choć odrobinę nie lubię tego, co robię? Jakim ja mogę być pracownikiem, jeśli czuję się jak niewolnik, mimo, że dobrze opłacany? Jakim ja mogę być pracownikiem, jeśli podczas pracy myślę tylko o tym, że gdy te osiem godzin wreszcie minie, będę mogła pójść do domu, by zająć się swoją pasją, na którą pewnie i tak nie będę miała wieczorem czasu i siły?

Mam tylko jedno życie. JEDNO.

Wiem, to wszystko nie jest takie proste. Są tacy, którzy pracują nie patrząc na to, czy to sprawia im satysfakcję, mówiąc, że nie mają wyjścia. Zachowują się jak Zombie. Idą do roboty, robią swoje, wracają do domu, i tak dzień w dzień, przez całe lata, aż do usranej śmierci. Nawet się nie zastanawiają, czy są tam szczęśliwi, czy nie. Pracują, bo tak musi być i już. Każdy pracuje. A kto nie pracuje albo wydziwia, to leń śmierdzący jest i tyle. Szczęście i praca? Przecież to niedorzeczne!
Bo praca nie jest po to, by być szczęśliwym, tylko po to, żeby zarabiać pieniądze!
A one, jak wszyscy wiedzą, szczęścia nie dają.

A tej śmiesznej malarce, to w dupie się chyba poprzewracało. Jak jej tak źle, to niech się idzie leczyć do psychiatry, albo zapisze się na terapię, do równie nieszczęśliwego psychoanalityka. Oni przynajmniej na niej zarobią.
I to całkiem nieźle, bo przecież godzina pracy takiego eksperta słono kosztuje.

Sprawdziłam.

Przynajmniej 120 złotych za 60 minut.

To jest dopiero biznes!

Może więc i ja, artystka malarka, mająca ogromne doświadczenie w unikaniu pracy ogólnie męczącej, niedającej satysfakcji i niezgodnej z upodobaniami, mogłabym doradzać tym zniewolonym, zgnębionym, uciemiężonym, zestresowanym, ale za to majętnym duszom, co mogłyby zrobić, gdyby ewentualnie, któregoś dnia, zamarzyły być nieco biedniejsze, ale za to wolne i niewymownie bardziej szczęśliwe?

Jak tylko znajdę odpowiedź na to pytanie, i najlepsze, według mnie, rozwiązanie, ogłoszę się autorytetem. I będę sprzedawać swoją wiedzę po 120 złotych za godzinę. Amen.

Wolność, akryl na płótnie


środa, 15 stycznia 2020

Cukierek czy psikus?

Wczoraj wydarzyło się coś, czego się kompletnie nie spodziewałam. Zostałam Kwiaciarką! Właściwie to powinnam dumnie powiedzieć - Florystką. I stało się to tylko dlatego, że na pewnej „fejsbukowej” grupie dla poszukujących pracy, zamieściłam ogłoszenie, że szukam pracy jako instruktor zajęć artystycznych, że jestem osobą kreatywną i pracowitą, i że chętnie podejmę współpracę z pracowniami lub placówkami prowadzącymi warsztaty malarskie, plastyczne lub rękodzielnicze.
Pod tym ogłoszeniem, dla przyciągnięcia uwagi, wstawiłam krótki filmik, na którym pokazuję jak namalować obraz przedstawiający maki na łące..

Co ma florystyka do wiatraka? Nie wiem. Może to przez te maki i łąkę? W każdym razie propozycję pracy dostałam, bezmyślnie przyjęłam, i jestem z tego powodu bardzo zadowolona.

Chociaż nie bardzo wiem, czy mam z czego się cieszyć, bo o kwiatkach wiem tylko tyle, że rosną, są w różnych odcieniach zieleni, i od czasu do czasu potrzebują podlewania.
I nie mam pojęcia jak sobie poradzę, bo w życiu udało mi się zamordować paprotkę, storczyka, jukę i połowę kwiatków mojej sąsiadki, która wyjeżdżając na kilka tygodni, zostawiła mi swoje biedne, niewinne stworzenia na pożarcie. To znaczy pod opieką.
Nie mam też żadnej wiedzy na temat robienia kompozycji kwiatowych, układania bukietów, ani które kwiaty się gryzą, a które lubią. Nawet nie wiem, jak się niektóre z nich nazywają!
Czy więc nie postąpiłam zbyt pochopnie, wskakując radośnie na głębokie wody świata flory?
I czy osoba, która zgodziła się mnie przyjąć do pracy ma świadomość, na co naraża swój zielony i żywy (jeszcze) inwentarz?

No cóż, będę musiała sobie poradzić i wszystkiego się nauczyć, co uczynię z przyjemnością, bo uczyć to ja się akurat lubię.

Skoro zmieniły się nagle zasady gry, to ja się pokornie dostosuję. Mam wprawę, ponieważ, od początku mojego pobytu na ziemi, bez względu na to, jakie miałam plany, życie i tak układało scenariusz po swojemu. Mam w związku z tym, ogromne doświadczenie w ustawianiu nowego kursu na mojej busoli, bo wiem, że jest dokładnie tak jak stare, mądre przysłowie mówi: "Człowiek planuje, Pan Bóg żartuje".

Żartowniś Pan zaczął bawić się ze mną w kotka i myszkę, już w dniu moich urodzin.
Planowo miałam się pojawić na tym łez padole w październiku, a powitano mnie już w sierpniu. Moim narodzinom towarzyszyły podobno niezwykłe wydarzenia. Było zaćmienie księżyca, straszna burza z piorunami, jakiś ważny mecz koszykówki (czy siatkówki?), i była to rocznica spuszczenia bomby na Hiroszimę…
Skoro urodziłam się w takich okolicznościach, to jak moje życie miało toczyć się potem normalnie?

Rodzice spodziewali się chłopczyka i zaplanowali dać mu na imię Mieszko. Okazało się jednak, że jestem dziewczynką (taki psikus!).
Miałam być odważna i przebojowa, a byłam nieśmiała i niepewna siebie.
Planowałam, po szkole podstawowej, dostać się do liceum plastycznego i zostać wielką artystką, a dostałam się do technikum mechanicznego. Na szczęście nie zostałam mechanikiem samochodowym (nie wiem, czy do upapranej smarem twarzy by mi było, w niebieskim kombinezonie, z kluczem nasadowym w ręku), bo przeniesiono mnie do ogólniaka, za co jestem szczerze wdzięczna tym, którzy to uczynili.
Matura też nie poszła mi tak, jak planowałam, bo - jak powiedziała złośliwie moja urocza pani od rosyjskiego - „z pustego to i Salomon nie naleje”. A jednak nalał. Zdałam.
Poszłam do studium księgarskiego, bo planowałam zostać bibliotekarką, lecz już na pierwszym roku dostałam od życia prezent.
Okazało się, że spodziewam się dziecka. Surpraaajs!
Po wakacjach chciałam wrócić do nauki, jednak Ojciec nasz Prześmiewca wykazał się, mistrzowskim wręcz, poczuciem humoru. Zaplanował dla mnie powtórkę z rozrywki. Huehuehue!!!
Miałam już dwie „kinderniespodzianki”!

Zmieniłam więc kurs, ponownie ustawiłam żagle, i miałam płynąć spokojnie po morzu życia długo i szczęśliwie, jako matka i żona.
- Chciałaby dusza do raju! – usłyszałam szyderczy śmiech dochodzący z niebios – Nie ma takiej opcji!
Po jedenastu latach małżeństwa zostałam szczęśliwą rozwódką. Mąż znalazł sobie ładniejszą i mądrzejszą. I dobrze.

No to ja znowu, żagle na maszt i zmiana kursu!
Teraz byłam samotnym żeglarzem z dwoma majtkami na pokładzie.
Myślałam, że znajdę sobie jakąś samotną wyspę i się na niej rozgoszczę. Ale, Żartowniś Pan postawił na mojej drodze innego samotnego żeglarza i postanowiliśmy popłynąć dalej.
W między czasie udało mi się zostać kosmetyczką, jednak kariery nie zrobiłam, gdyż piłowanie pazurów rozhisteryzowanych, przewrażliwionych na punkcie swojego wyglądu, plastikowych lal, było ponad moje skołatane nerwy.
Miałam więc pracować do smutnej emeryturki w biurze, ale trafiłam przypadkiem na studia artystyczne (też za sprawą chytrego planu opatrzności), i zostałam malarką. Teraz, na tej emeryturce, bida to nawet piszczeć nie będzie z głodu… Król ZUS ją uciszy i to skutecznie.

Jednak plan podboju świata za pomocą moich dzieł sztuki też się nie powiódł, bo… los przekorny teraz zechciał, bym została Boginią Flory, i zgłębiała wiedzę tajemną kwiatów i roślin.

Czy da się więc cokolwiek w życiu przewidzieć? Czy nie lepiej, posłuchać mądrych słów mistrza, i zamiast planować, „usiąść po prostu pośrodku koła i pozwolić rzeczom dziać się po swojemu”?
Czy najrozsądniej nie będzie „pozostać w bezruchu i czekać, aż właściwe działanie nadejdzie samo z siebie”?

Dzięki tym doświadczeniom wiem, że nie muszę się z tym upartym, rajskim koniem kopać. Bo wyjdę z tej potyczki poturbowana, a nic nie wskóram. Nie muszę planować, kombinować i martwić się o przyszłość. Bo wszystko w moim życiu pojawia się samo, niespodziewanie i dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebuję.

I znowu słyszę, jak Niebieski Figlarz, mrugając do mnie okiem, zaczepnie pyta: „To jak? Cukierek czy psikus?”

Cukierek czy psikus?


wtorek, 14 stycznia 2020

"Co nagle, to po diable"

Jestem osobą znaną ze swojej flegmatycznej natury.

Słowo „szybko” nie istnieje w moim codziennym słowniku. Wyparłam je. Gdy ktoś do mnie mówi, że trzeba coś zrobić szybko, zjeżam się okrutnie i robię coś zupełnie przeciwnego. Na polecenie „zrób to szybko” odpowiadam: „Ja tylko jedną rzecz robię szybko. Szybko się męczę”.

Co ciekawe, zawsze wszystko robię na czas, w terminie i nigdy się nie spóźniam z własnej winy. Zdarzają się sytuacje, ode mnie niezależne, ale jeśli tylko coś zależy tylko ode mnie, zawsze zdążam.
Niestety, czasem trzeba się z czymś sprężyć. Wtedy wpadam w panikę i wszystko leci mi z rąk. Bardzo mnie to stresuje. Nie potrafię pracować pod presją czasu, gdy ktoś nade mną stoi i mnie popędza. Czując jego oddech na moim karku, mam ochotę pieprznąć wszystkim i niech sobie sam robi!

Dlatego, gdy jestem zmuszona zrobić coś na termin, ustalam „dedlajn” na tyle odległy, by mieć komfort pracy w swoim ślimaczym tempie. Zresztą słowa „deadline” też bardzo nie lubię. Przecież w wolnym tłumaczeniu oznacza Linię Śmierci! A mnie do grobu z przepracowania i pośpiechu niespieszno. Bo gdzie tu gnać? Gdzie pędzić, gubiąc po drodze spokój i radość życia? Gdzie lecieć na złamanie karku? No właśnie.

Gdy byłam nastolatką i chodziłam do liceum, mieszkałam u swojej cioci w Krakowie. Ciocia była osobą niezwykle energiczną, wszystko robiła w pośpiechu, jakby się bała, że zaraz będzie koniec świata i ona nie zdąży obrać tych cholernych ziemniaków, podać wujowi obiadu, polecieć na bazarek po sałatę, wyprać gaci, zanieść prania do magla, odwiedzić sąsiadki, popędzić do pracy na drugim etacie, i bóg wie co jeszcze…

A ja, osoba niezwykle spokojna i powolna żyłam w swoim, zgodnym z naturą, żółwim tempie. Wstawałam sobie rano dwie godziny wcześniej, brałam relaksujący prysznic, leniwie jadłam śniadanie, spokojnie szykowałam się do szkoły, bez pośpiechu pakowałam książki i zeszyty, powoli się ubierałam i wychodziłam na autobus. Szłam sobie niespiesznie, noga za nogą, ciesząc się porankiem.
Ciocia natomiast, patrzyła na mnie przez okno i szlag nagły ją trafiał. Skąd to wiem?
Bo któregoś razu, gdy wróciłam ze szkoły powiedziała:
- Gdy tak obserwuję cię rano, to mam ochotę za tobą wybiec i kopnąć cię w zadek, żebyś przyspieszyła. Matko kochana, jak można tak żyć! Jak można tak powoli chodzić! Kobieto, obudź się wreszcie!

Dokąd się mam spieszyć? I tak dla wszystkich meta jest w tym samym miejscu. I tak wszyscy kiedyś do niej dotrzemy. Tylko, że ja trochę spokojniej i może, dzięki temu, trochę później.
Nie mam zamiaru z powodu tej gonitwy, wyścigu z czasem, pędu nie wiadomo za czym i rozgorączkowania, przedwcześnie zostać wezwana do Krainy Wiecznych Łowów…

Chcę cieszyć się życiem, jego kolorami, smakami i dźwiękami.
Tego nie da się zrobić w biegu. By to wszystko poczuć trzeba zwolnić, zatrzymać się, przystanąć.
Żyję więc w zgodzie z naturą. Ona działa powoli, a zawsze wszystko jest zrobione na czas. I to z jaką idealną precyzją!

„Spiesz się powoli” mówi stare mądre przysłowie. Bo „jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”.






niedziela, 12 stycznia 2020

Zasłużyć na miłość

Jakiś czas temu odbyłam burzliwą lecz niezwykle pouczającą dyskusję, która zainspirowała mnie do podjęcia tego tematu.

Znam sporą grupę osób, które żyją w przekonaniu, że na czyjąś miłość muszą sobie zasłużyć!
Obserwując swoje zachowanie, doszłam do wniosku, że istnieje spore prawdopodobieństwo, graniczące wręcz z pewnością, że i ja do tego zgromadzenia nieszczęśników należę.

Aby się o tym przekonać, postanowiłam zrobić sobie coś w rodzaju psychologicznego quizu pt. „Czy żebrzesz o miłość?”, i odpowiedzieć na kilka pytań, które, być może kalecząc dotkliwie moje wnętrzności, wywleką na światło dzienne całą nagą, trzęsącą się ze strachu, prawdę.

I jeśli chociaż na jedno z nich odpowiem twierdząco, to znak, że czas zacząć się leczyć. I to w najlepszej klinice psychiatrycznej.

*Czy przypadkiem nie zadręczam moich bliskich swoją nadopiekuńczością, zatruwając im życie nadmierną troską?

*Czy zamiast rzucić czasem krwistym, soczystym mięsem, trzymam język za zębami tylko dlatego, żeby ktoś się na mnie nie obraził?

*Czy rozmawiając z kimś „ważnym”, nie ślizgam się czasem po śladach kapiącej wazeliny, którą akurat aplikuję mu doodbytniczo, pragnąc jednocześnie całym swym jestestwem, żeby się drutem kolczastym zesrał?

*Czy rezygnuję z wyrażania własnych opinii w obawie, że za chwilę zobaczę skierowany w moją stronę, wyniośle sterczący środkowy palec, pokazujący drzwi?

*Czy, gdy coś spontanicznie zrobię lub powiem, dopatruję się w oczach najbliższych, oznak potępienia i klątwy wieczystej?

*Czy zgadzam się robić rzeczy, na które nie mam ochoty, bojąc się dożywotniego wygnania ze stowarzyszenia wzajemnej adoracji?

*Czy sonduję bliskich przewrażliwionymi mackami zmysłów, doszukując się w ich zachowaniu lub spojrzeniu, najmniejszych symptomów niezadowolenia, złości czy dezaprobaty?

I, uwaga, ostatnie:

*Czy umieszczając jakiś rysunek, obraz czy tekst w mediach społecznościowych, sprawdzam kilka razy dziennie ilość „lajków”, serduszek, pochlebnych komentarzy, zasięg moich wypocin, ilość udostepnień, i wszystkich innych oznak aprobaty i uznania?

No. Podliczyłam wynik. Sprawa jest ciężka…

Może jednak spróbuję wyleczyć się sama, nie smarkając w rękaw przystojnego łapiducha zajmującego się „kurzęcymi” móżdżkami, i nie stosując wysokoprocentowych, owocowych suplementów, lub niderlandzkich ziółek?

Bo czy na miłość boską, na miłość naprawdę trzeba sobie zasłużyć?

A gdzie tam!

Przecież są też tacy, którzy są, kim chcą, mówią, co chcą, robią, co chcą, nie starają się być poprawni politycznie, wyrażają własną opinię bez obawy przed linczem, a mimo to, mają wokół siebie osoby, które ich kochają! Które ich na rękach noszą, które zabiegając o ich uwagę i miłość, skandują słowa uwielbienia w poddańczym geście!

I tu jest chyba pies skomlący pogrzebany.

Dokonałam więc wiekopomnego odkrycia:
Chodzi o to, by kochając kogoś, kochać jego istotę, duszę, Jaźń, a nie osiągnięcia, sukcesy, wygląd zewnętrzny czy wybujałe ego.
I to kochać sercem, a nie umysłem.

Nie oczekiwać też od nikogo podziwu, uznania, poklasku i aprobaty, żeby czuć się kochanym. Bo to jest tylko iluzja a nie miłość.

Bardzo mądrze powiedział przed wiekami mistrz Lao-Tsy:
„Szukaj pochwał u ludzi, a będziesz ich więźniem.
Rób to, co do ciebie należy i usuwaj się na bok.
To jedyna droga dająca spokój”.

Bo jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził. The end.

Prawdziwa miłość




sobota, 11 stycznia 2020

Za-pier-**-lać trzeba

Zdarza się czasem, że nic mi się nie chce. Najczęściej wtedy, kiedy wydaje się, że pracy jest najwięcej. Mam wtedy ochotę wejść pod kołdrę, wtulić głowę w poduszkę i spać. Bo czy naprawdę wszystko musi być zrobione właśnie teraz? I czy w ogóle musi być zrobione?

Czy świat się skończy, jeśli natychmiast nie umyję tych garów, nie odkurzę podłogi, nie przytaszczę tych siatek pełnych żarcia, nie powycieram kurzów, nie poskładam prania z suszarki, nie upiorę tych gaci osranych, nie zrobię kolacji, nie namaluję obrazu i nie napiszę ani słowa w tym pamiętniku?

Czy to wszystko jest naprawdę aż takie ważne?

A może dobrze by było, widząc, że kurz leży, też sobie poleżeć?

Albo pójść za przykładem garnków odpoczywających w zlewie, pod ciepłą kołdrą z resztek obiadu, i też odpocząć raz a porządnie?

A jakby tak powiedzieć domownikom, że od tej chwili wszystko im wolno?

Że wolno im prać swoje śmierdzące skarpety, sprzątać po sobie, prasować swoje koszule, robić tony zakupów, przygotowywać samodzielnie papu, myć oszczany kibel i wychodzić z tym wyliniałym kundlem na spacer… (Chyba mnie poniosło. Przecież nie mam psa…)

Czy to nie będzie zbyt wielka demoralizacja i samowolka?

A co się stanie, jak oni rzeczywiście zaczną z ochotą to wszystko robić i ja przestanę im być potrzebna??? Strach się bać!

***

Ciekawe jakby to było, wypielęgnować tak porządnie swojego lenia, zaczynając dzień od spokojnego śniadanka podanego do łóżka, na wiekowej tacce, przyozdobionej kwiatuszkiem zwiędniętym w ubitym zielonym dzbanuszku?

Jakby to było, po śniadanku napić się gorącej kawuni z ulubionego kubeczka z wieżą Eiffla, nie robiąc przy tym w głowie listy zadań na dziś, niecierpiących zwłoki?

Jak bym się czuła, gdybym mogła rano wziąć długą kąpiel w pachnącej pianie o zapachu leśnego runa, nałożyć sobie glutowatą maseczkę z wnętrzności ślimaka na spragnioną wilgoci twarz, usunąć z nóżąt tę całą zbędną sierść, wysmarować się czekoladą od stóp do głów, zawinąć się w kokon z folii spożywczej, i przez trzy godziny wizualizować sobie, jak z pokrytej cellulitem pulchnej poczwarki, zamieniam się w pięknego, eterycznego, kolorowego motyla?

A potem, gdyby ktoś zechciał ze mnie tę całą czekoladę… Hmmm…

Prrr, szalona! Posuwasz się za daleko!

Po takim poranku mogłabym pójść na długi spacer (nie robiąc po drodze zakupów i nie załatwiając nic na poczcie, niby przy okazji), i delektować się samotnością, ciszą i spokojem. Mogłabym usiąść na ławce w parku, poczytać książkę, i cieszyć się promieniami słońca pieszczącymi czule, moją zmęczoną, ale dogłębnie nawilżoną twarz.

Potem, wróciłabym do domu, gdzie czekałby na mnie pyszny i pożywny obiad, składający się ze smakowitej zupki chińskiej o smaku starego kocura cuchnącego deszczem, zestawu „hepimil”, obiecującego szczęście w postaci bujnych krągłości, a także deseru w formie wodnistej, ale jakże słodkiej chwili.

Nie jestem wprawdzie pewna, czy ta eksplozja smaków nie rozerwałaby mi tyłka, ale mogłabym się dla takich luksusów poświęcić.

Co mogłabym po takim ekskluzywnym obiedzie robić?

Oczywiście położyć się na chwilę na tak zwane sadełko.

Niech rozkoszuję się tym, że skwarki cholesterolowe omaszczają moje żyły, niech poczuję jak porywiste wiatry dźwięcznie szaleją w mych jelitach, niech wznoszące się falami ciśnienie, ozdobi me blade lico cudnym pąsem!

Tak! Wreszcie czuję, że żyję!

Jeszcze nie nadszedł wieczór, a mój leń zaczyna się wiercić. Już mu przestaje być wygodnie. Już ma ochotę coś zrobić!

Już umysł zaczyna skandować rytmicznie słowa bardzo nieprzyzwoite:

Za-pier-**-lać trzeba, za-pier-**-lać trzeba, za-pier-**-lać trzeba...!

O nie! Nie poddam się tak łatwo!

Jak pielęgnować lenia to porządnie i konsekwentnie!

Przeciągam się więc zmysłowo z cichym mruknięciem na kanapie i sięgam po pilota od telewizora.

Ktoś przynosi mi herbatkę, podusię i kocyk, ktoś zmywa naczynia po obiedzie - wnioskuję to z dobiegającego z kuchni plusku wody, i pobrzękiwania naczyń przy akompaniamencie bluzgów, ktoś wiesza pranie na suszarce - matko jedyna, przecież te precle z majtek nigdy nie wyschną (!), a jeszcze ktoś inny przygotowuje kolację - zapach spalonej cebuli aż szczypie w oczy. 

(Moja fantazja nie zna granic... Przecież mieszkam tylko z mężem...)

A ja, włączam sobie TV i patrzę z z podziwem, jak pewna znana celebrytka, trzepiąc histerycznie plastikowymi blond lokami, obrzuca inwektywami spoconego i zdenerwowanego, uwijającego się jak w ukropie kucharza.

Przełączam kanał. Reklama. Uśmiechnięta, zgrabna pani domu zasuwa z najnowszej generacji, myjąco-odkurzająco-susząco-robiącym loda odkurzaczem.

Na kolejnym kanale, rozpromieniona panienka w ogrodniczkach, tapetuje sama (!) sypialnię w czyimś wypasionym domu, z gracją machając maleńkim pędzelkiem przed nosem gburowatego stolarza.

Dalej, starsza pani z modną fryzurką i w ślicznym fartuszku, pyta z troską swojego męża, czy jajecznica ma być na pewno na podwójnym boczku, i czy aby jego delikatna wątróbka na tym nie ucierpi…

I następna reklama.

Wściekła jak osa, rozczochrana, zahukana kura domowa, z wiszącymi u szyi zasmarkanymi dziećmi, rozmawia przez telefon, mieszając jedną ręką coś w kipiącym garnku, drugą układa talerze na stole, próbując go artystyczne nakryć. Równocześnie, jedną nogą buja wózek z wrzeszczącym niemowlakiem, a drugą próbuje odpędzić śliniącego się z radości psa, chcącego zeżreć z podłogi pieczonego kurczaka, którego właśnie jedno z rozbrykanych pacholąt zrzuciło z półmiska.

Na to wszystko wchodzi spokojny jak kwiat lotosu mąż i pańskim gestem, z dumną miną odkrywcy, wręcza jej maleńkie pudełeczko, wypełnione po brzegi, pachnącymi zdechłym kozłem tabletkami.

Ona bierze jedną. I staje się cud!

Jej czoło się wypogadza, z oczu znika obłęd, kolce na grzbiecie się chowają, dzieci przestają wrzeszczeć, zupa wesoło bulgoce w garnku, stoliczek sam się nakrywa do kolacji, pies grzecznie czeka przy swojej misce, a mąż jest jej bohaterem!

***

Dzień dobiegł końca. Leń wypielęgnowany i zadowolony wyprowadza się, a ja już wiem, że nie muszę tak się starać, tak zasuwać każdego dnia biorąc na siebie wszystkie obowiązki.

Nie muszę sobie dokładać zadań, robić wszystkiego perfekcyjnie i na już, nie muszę tak gnać bez tchu przez życie. Nie muszę nikomu, niczego udowadniać.

Życie i tak będzie się toczyć, a świat będzie istnieć, bez względu na to, czy zrobię wszystko, co miałam zrobić, czy nie.

Przecież za sto lat i tak będzie wszystko jedno!

Ps. Sprawdziłam. Majtki zwinięte w precle schną tylko o dwa dni dłużej.


środa, 8 stycznia 2020

Nie tak cię wychowałam!

Wczoraj, na moim blogu ukazał się fragment wpisu z pamiętnika, pod tytułem „Bezsenność”, w którym użyłam trzech niesalonowych słów, dość wysokiego kalibru: na „ci”, na „pi” i na „ka”.

Ponieważ zauważyłam, że po udostępnieniu na facebooku, zasięg posta był dość kiepski, zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. Doszłam do wniosku, że być może fejsbuki nie lubią jak się tak skandalicznie wyrażam, i tnąc zasięgi, chronią swoich użytkowników przed zgorszeniem i demoralizacją jakie próbuję szerzyć.

Nie dawało mi to spokoju, więc zadałam pytanie w pewnej grupie wsparcia, czy ktoś, coś na temat takich blokujących algorytmów fejsbuka wie.

Nikt jednak nie wiedział, czy to kwestia tych plebejskich wyrażeń, czy może przyczyna tkwi gdzie indziej.

Padło przypuszczenie, że to nie uliczny język jest tu winien (przynajmniej nie bezpośrednio), a ilość tak zwanych „lajków”, które te zasięgi podkręcają. Może ludzie czytają lecz nie reagują, bo nie jest w ich interesie, by ktokolwiek widział, że akceptują taki nieparlamentarny język, i nie chcą być posądzeni wśród swoich znajomych o takie nieprzyzwoite, plugawe i odrażające zamiłowania.

Jest też sporo osób, które zwyczajnie nie lubią takich słów, NIGDY nie używają i nie akceptują, więc nie komentują i nie reagują, lecz czym prędzej wypisują się z takich „fanpejdży”, żeby nie musieć na to nieeleganckie zachowanie patrzeć.

Ich przeciwieństwem są tacy, którzy używają bez umiaru, bez zahamowań i z ogromną lubością, nie zważając na konwenanse i okoliczności. Ich repertuar jest nieograniczony. Potrafią „łacińskie” słowa odmieniać przez wszystkie przypadki, żonglować dowolnie przedrostkami i przyrostkami oraz, przy użyciu maksymalnie trzech nieobyczajnych sformułowań, powiedzieć prawie wszystko. Jednak oni czytaniem dłuższych tekstów się nie hańbią. Żadna forma twórczości piśmienniczej im nie zagraża, ponieważ nią gardzą, brzydzą się nią, i dzięki temu nie są narażeni na upadek moralny spowodowany czytaniem tego, co wychodzi spod mojego pióra (klawiatury).

Są też tacy, którzy takie słownictwo znają (bo przecież są ludźmi wykształconymi), a nawet czasem cichutko pod nosem używają, zaciąwszy się, na przykład, przy goleniu, jednak nigdy w życiu by się do tego publicznie nie przyznali, bo im na to pozycja społeczna jak i przynależność do elit intelektualnych nie pozwala.

Jest jeszcze grupa ludzi, którzy akceptują i używają, ale tylko wtedy, gdy wiedzą, że można sobie na to pozwolić, czy to pisząc pamiętnik, czy w samotności wyrażając kłębiące się w trzewiach emocje, czy rozmawiając z przyjaciółmi lub w towarzystwie osób, przy których nie muszą wciągać brzucha i spinać pośladków.

Ja do tej grupy należę. Jej członkowie mają w głowie osobistego cenzora pilnującego dobrych obyczajów. Cenzor ten, słysząc taki rozwiązły język, lub widząc jakieś „niestosowne” zachowanie odzywa się pełnym krytyki i nagany głosem mamusi: „Wstyd! Cięęężki wstyd! Nie tak cię wychowałam!”

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Otóż dlatego, że wczoraj ten głos odezwał się w mojej głowie (fe, niedobra dziewczynka!), i pod jego wpływem edytowałam swój wpis na blogu.

Całe szczęście, język polski jest bardzo bogaty i obfitujący nie tylko w słownictwo rynsztokowe, ale też w mnóstwo wyrazów bliskoznacznych.

I tak odkryłam, że słowa na „pi” i na „ci” mają aż trzynaście synonimów w miarę przyzwoitych, określających pewną część damskiego ciała, a także ogromną ilość zwrotów, którymi mogą być zastąpione, jeśli chce się o kimś wyrazić niepochlebną opinię.

Zastąpiłam więc te prostackie określenia ich zacnymi zamiennikami, aby nie razić wrażliwych oczu moich „folołersów”, a także uspokoić mojego wewnętrznego, jakże surowego recenzenta.

Jednak jedno słowo zostawiłam.

Nic bowiem,

w podbramkowych sytuacjach,

nie zastąpi

naszej rodzimej,

polskiej,

soczystej,

pełnej ekspresji i temperamentu

KUR&%$&%WY



wtorek, 7 stycznia 2020

Bezsenność

Znowu się do mnie ta franca, harpia perfidna wprowadziła.

A trzy miesiące temu dostała eksmisję.

Wyniosła się i byłam przekonana, że już nie wróci. A jednak! Zaczęła się pojawiać cichaczem tuż przed końcem roku.

Najpierw mnie odwiedzała nad ranem, by odchodzić złośliwie dwadzieścia minut przed dzwonkiem budzika, potem wpadała do mnie koło trzeciej nad ranem i siedziała do południa, a teraz wprowadziła się na dobre.

W ciągu dnia, uaktywnia się zawsze w chwili gdy chcę uciąć sobie drzemkę.

Za to wieczorem, jak kładę się do łóżka, ta wredna wydra ma najwięcej do powiedzenia. Ledwie przyłożę głowę do poduszki ona zaczyna.

- Ej, śpisz?

- Śpię, daj mi spokój.

- Ale weź nie śpij! Muszę ci coś powiedzieć!

- Zamknij jadaczkę i daj mi spać…

- Ale to ważne!!! Jak mogłaś dzisiaj tak łatwo odpuścić tej babie ze sklepu? Była taka niemiła! Trzeba było jej nagadać! Albo ta lekarka w przychodni! Co za małpa! Czekałaś na wizytę siedem miesięcy a ona poświęciła ci tylko sześć minut! Pewnie zapomniała jak się nazywa branża, w której pracuje! Służba zdrowia! SŁUŻBA! To ona jest tam dla ciebie a nie ty dla niej! Mogłaś jej powiedzieć, że….

- Zamknij się wreszcie, chcę spać!

- Pomyśl tylko, gdybyś teraz zaczęła pisać książkę i codziennie pisała tylko jedną stronę, może by coś z tego wyszło? Jest tyle tematów, które…

- Uspokój się wreszcie!

- Trzeba jutro zrobić pranie, bo już czyste majtki ci się kończą. Schowałaś zupę do lodówki?

- Cholera, nie.

Wstaję, idę do kuchni, wkładam gar z zupą do lodówki i wracam do łóżka. Przykrywam się, wtulam głowę w poduszkę i już zaczyna mi się robić dobrze, gdy słyszę znowu:

- Mam temat na bloga! Napisz o bezsenności, że to taka sadystka, że nie daje ci spać, że…

- Proszę cię, jutro o tym pomyślę…

- Ale wstań i zapisz sobie, bo zapomnisz.

Wstaję, idę do pracowni, wyciągam zeszyt, zapisuję. Wracam do łóżka, kładę się i w momencie kiedy zasypiam ta znowu mnie szturcha.

- Ej, lekarstwa zażyłaś? Lepiej zażyj, bo znowu cholesterol ci skoczy. Mogłabyś w sumie przejść na dietę i więcej się ruszać. Pamiętaj, żeby jutro rano rozmrozić mięso. Boczek byś upiekła taki pyszniutki. Chleb trzeba kupić. Acha! Przejrzyj te oferty pracy w internecie. Nie zarobisz na tym malowaniu. Co cię podkusiło z tymi studiami na stare lata. Masz co chciałaś idiotko. Malarstwa ci się zachciało. Ten makaron ryżowy chyba zatka ci dupę i znowu będziesz miała problem. Musiałaś go tyle zeżreć? Pić mi się chce! Zadzwoń jutro do mamy. Pamiętasz tę kobitę z autobusu? Gadała sama do siebie. Pewnie jest samotna i nie ma do kogo gęby otworzyć.

- Za to ty masz. Przestań już pieprzyć głupoty, muszę spać. Jutro rano wcześnie wstaję…

- To wstań teraz i napij się ciepłego mleka z miodem. To pomaga. Może potem zaśniesz. I zażyj te leki.

Wstaję. Patrzę na zegarek. Jest trzecia. Zażywam tabletkę na cholesterol,  acard na serce, różową tabletkę na klimakterium, melatoninę na spanie i robię sobie ciepłe mleko z miodem. Otwieram książkę i zaczynam czytać. Koło szóstej nad ranem czuję, że zaczynam odpływać w objęcia Morfeusza. Przenoszę się do sypialni, pakuję się pod kołdrę, zasypiam.

- A światło w łazience zgasiłaś?

Oż KURR%¥$%WA MAĆ!!!




poniedziałek, 6 stycznia 2020

Nie spodobasz się na brudno to i na czysto trudno

Tak mawiał mój dziadek, gdy razem z kuzynką, jako nastolatki, stroiłyśmy się na randki czy wyjścia ze znajomymi.

Przypomniałam to sobie wczoraj rano, patrząc w lustro po kolejnej nieprzespanej nocy… Rozmazany makijaż, którego nie chciało mi się wieczorem zmyć, tłuste, rozczochrane włosy, balkony pod oczami (tym razem to były wręcz wiszące tarasy jak zegary Salvadora Dali), wymięta twarz z odbitym na policzku wzorkiem z poduszki, czerwone oczy, napuchnięte powieki, wiszące jak u chomika policzki…

O matko, pomyślałam, wyglądam jak stary, gruby, pięćdziesięcioletni, klimakteryczny babofon! Ale zaraz… Przecież ja jestem starym, grubym, pięćdziesięcioletnim, klimakterycznym babofonem! A już na pewno będę nim niedługo!

- Kocham cię, jesteś piękna, wyjątkowa, wartościowa, jedyna w swoim rodzaju – zaczęłam afirmować do swojego odbicia słowa zalecane w poradnikach dla sfrustrowanych i niepewnych siebie.

- Nie pier*ol – odezwał się głos w mojej głowie – spójrz w lustro jeszcze raz i pogódź się z faktami.

- No dobra, trudno – powiedziałam do swojego odbicia – umyję cię, chociaż cię nie znam.

Wzięłam prysznic, umyłam włosy, wytarłam się szorstkim ręcznikiem by pobudzić krążenie i od razu poczułam się nieco lepiej. Postanowiłam się odmłodzić. Zaczęłam wklepywać te kremiki i balsamy przeznaczone pod oczy, nad oczy, pod pierwszy podbródek, pod drugi podbródek, na kurze łapki, na chomicze policzki, na sflaczałe ramiona, na obwisłe cycki, na cellulit na tyłku, na suche łokcie i kolana, na szorstkie dłonie, na zmięty dekolt, na twarde pięty, ufff… Zmęczyłam się…

- Teraz namaluję sobie urodę – pomyślałam.

W ruch poszedł podkład pod oczy, korektor na sińce pod oczami, puder w kremie na całą facjatę, róż na policzki, kredka na brwi, tusz na rzęsy, szminka na usta…

Teraz włosy. Przetrzeć ręcznikiem, nałożyć odżywkę, poczekać, wyczesać, wysuszyć, ułożyć na szczotce, znowu wyczesać, wylakierować… Gotowe!

Zajęło mi to wszystko około godziny. A efekt?

Popatrzyłam krytycznie w lustro. No szału nie ma. Ta baba ma może ze dwa lata mniej ale to wszystko. Nadal wygląda jak stara ropucha tyle, że wymalowana.

I wtedy przypomniałam sobie jak jakieś dwadzieścia lat temu, mając lat 29, stałam sobie tak samo jak dzisiaj w łazience i nakładałam makijaż. Do łazienki zajrzał przez uchylone drzwi mój ośmioletni wtedy syn i zapytał:

- Mamusiu co robisz?

- Maluję się – odpowiedziałam.

- A po co?

- Żeby ładnie i młodo wyglądać.

Popatrzył na mnie zdziwiony i zapytał:

- A kiedy to zacznie działać? – po czym kręcąc głową z dezaprobatą, zadał ostateczny cios:

- Oj mamuś, mamuś, starzeć to się trzeba umieć z godnością.





niedziela, 5 stycznia 2020

Rozważania bardzo filozoficzne

„Cogito ergo sum”, co w tłumaczeniu na język polski brzmi: „Myślę, więc jestem”.

Twierdzenie to ukuł, żyjący w XVII wieku, wybitny francuski filozof i matematyk Kartezjusz, twierdząc, że umysł i jego zdolność do myślenia jest warunkiem naszego istnienia.

Niby każdy o tym wie. I większość w to wierzy.

Myślę, więc jestem… Hmmm…

Czyli, że co? Że jak nie myślę, to mnie nie ma? Znikam, nie żyję, ginę jak mara nieczysta, wyparowuję jak kamfora?

Mam na ten temat swoje zdanie, jakże odmienne od Kartezjusza.

Uważam bowiem, że jak NIE MYŚLĘ, to dopiero wtedy JESTEM!

I mam na to niezbite dowody.

***

Pod wpływem myśli budzą się emocje. I to właśnie emocje dają mi informację CZY i GDZIE tak naprawdę jestem. Wygląda to mniej więcej tak:

1. Myślę, więc się wściekam;

2. Myślę, więc się boję;

3. Myślę, więc się frustruję;

4. Myślę, więc się nad sobą użalam;

5. Myślę, więc dramatyzuję;

6. Myślę, więc kąsam;

7. Myślę, więc nie trawię;

8. Myślę, więc drapię;

9. Myślę, więc usycham;

10. Myślę więc nie sypiam;

11. Myślę, więc prześladuję;

12. Myślę, więc się biczuję;

13. Myślę, więc cierpię;

Jeśli odczuwam te emocje, to na pewno nie jestem.

Nie jestem, lecz podróżuję. Podróżuję w umyśle. Podróżuję w czasie.

W przeszłość - rozpamiętując wydarzenia i sytuacje, których i tak już nie mogę zmienić, lub w przyszłość - fantazjując i wyobrażając sobie co się może stać, jeśli…

(Tutaj mogę wstawić dowolną ilość scenariuszy. Od złamania sobie zęba na skórce od banana, poprzez wsadzenie brzegu spódnicy w rajtuzy i wyjście tak z toalety w miejscu publicznym, po zderzenie meteorytu z Ziemią, podczas wręczania mi nagrody Nobla za wybitne osiągniecia literackie).

Gdy myślę, to mnie TUTAJ nie ma.

Nie myję naczyń pieszcząc z czułością miękką gąbką ich gładkich powierzchni, czując ciepłą wodę spływającą mi po dłoniach i zapach lawendowego płynu do naczyń, o dźwięcznym męskim imieniu.

Nie widzę płynących po niebie chmur, nie słyszę szumu drzew, śpiewu ptaków, nie czuję zapachu skoszonej trawy, krowich placków i delikatnego muśnięcia komarzego aparatu kłująco-ssącego na mojej skórze…

Nie leżę też na wygodnej kanapie pod ciepłym kocykiem, delektując się pyszną, aromatyczną kawą i ulubioną książką, słuchając upojnych, kojących nerwy dźwięków wiertarki udarowej i młotka sąsiada.

Bowiem…

Prosto z wygodnej kanapy, udaję się w myślach do Jolki na wczorajsze imieniny, i kłócę się zażarcie z jej mężem Józkiem o to, kto powinien zostać prezydentem i dlaczego nie on.
I niech ten sąsiad przestanie tak napier… (ekhm), tym młotkiem, bo zwariuję! 
Myślę, więc się wściekam;

Albo teleportuję się do zeszłego wtorku, układając w myślach te wszystkie cięte riposty, których mogłam użyć w rozmowie z tym pyszałkowatym chu…, sorki, chudym panem z urzędu, żeby mu w pięty zrogowaciałe poszło. Dlaczego ja nie mam takiego refleksu mięsnego, jak ciocia Grażynka? 
I czy ten baran z drugiego piętra musi robić akurat teraz, remont wszystkich mieszkań w kamienicy? Myślę, więc się frustruję;

Podróżuję też w myślach do przyszłego lata, wyobrażając sobie wypasione wakacje all inclusive w gospodarstwie agroturystycznym, w Cycowie pod Wiszniewicami. Ciekawe jak się będę prezentowała w tej nowej, czerwonej kiecce w kwiaty, na tle obornika pod stajnią Matyjowej? Czy aby nie grubo? 
Na miłość boską, czy ten idiota naprawdę nie może już przestać naparzać tą szlifierką? 
Myślę, więc nie sypiam;

Albo, potykając się o zwoje swojego mózgu, plącząc się w pajęczej sieci aktywnych synaps, zastanawiam się, czy jak umieszczę ten wpis na blogu, to nie spotka mnie fala hejtu i nienawiści, a wszyscy moi „folołersi” nie odejdą w siną dal, podejrzewając mnie o kalectwo intelektualne? 
Myślę, więc trzęsę portkami;

Może i jestem, ale na pewno nie żyję.

Bo gdzie jest ta kanapa wygodna, kawka przepyszna, kocyk cieplutki, książka i ulubiona muzyka? Gdzie ta chwila cudnego, błogiego spokoju?

Była. Dwie godziny temu. Gdy obierałam ziemniaki na obiad.

Ach nie! Nie obierałam ziemniaków! Przecież wtedy byłam w urzędzie i obrzucałam bluzgami chudego pana o zrogowaciałych piętach!

Kiedy więc obierałam te cholerne ziemniaki?

***

Myślę, więc jestem.

Ok.

Tylko gdzie?